Chili i nastrój
Luźne rozważania

Chili poprawia nastrój

To już pewne: w poprzednim życiu naprawdę byłam kurą. Grzebanie w ziemi to moja pasja. Do szczęścia wystarczą mi łopata, grabie i rękawiczki bez dziury.

Każde wbicie szpadla w miękką glebę wywołuje we mnie ekscytację. Wręcz nieziemską rozkosz. Przesypująca się pomiędzy moimi palcami wilgotna ziemia kusi obietnicą obfitych plonów, a jeszcze nagie pędy róż i hortensji kokietują wyobraźnię przepychem przyszłych kwiatów i upojnego zapachu.

Kiedy wchodzę do ogrodu, jestem w innej czasoprzestrzeni. Tak przyziemne sprawy, jak posiłki, przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Moje zmysły są otumanione śpiewem ptaków, zapachem ziemi i delikatną pieszczotą wiatru na policzkach. Subtelnie flirtuję z naturą. Jestem nieziemsko szczęśliwa.

Tylko czemu ten dzień jest tak krótki?! Zmierzch powoli, ale stanowczo wsuwa się pomiędzy moją pochyloną postać a rośliny, którym jeszcze nie zdążyłam poświęcić swojej uwagi.

Mimo to jestem pełna radości. Po raz pierwszy od wielu tygodni. Nie wiem, czy to zasługa słońca? Czy obcowania z naturą? A może pieprzu cayenne, którego szczyptę jem codziennie razem z kurkumą od kilku dni? Dodaję je do mojej mieszkanki siemienio-lniano-ostropestowej. Oczywiście koniecznie z białym serkiem, żeby zneutralizować palący smak chili. Podobno pikantne potrawy, obok zakochania się i ćwiczeń fizycznych, wspomagają wytwarzanie w mózgu hormonów szczęścia, czyli endorfin.

Sprawdziłam w internecie: rzeczywiście można znaleźć opinie, że chili poprawia nastrój. No i teraz nie wiem, czy moja euforia to zasługa wznowionego po zimie romansu z ogrodem czy skutek jakiejś przyziemnej reakcji chemicznej w mózgu spowodowanej pieprzem cayenne.

Nieważne! Chwilo trwaj!

Ilemnietoja
Ewa Ilemnietoja

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o